„Zabicie świętego jelenia” – recenzja

Yorgos Lanthimos jest już reżyserem ze sporą renomą. Dzieł takich jak „Kieł” czy zwłaszcza bardzo uznany „Lobster” nikomu przedstawiać nie trzeba. W tym roku grecki twórca wprowadza na ekrany kin swoje nowe dzieło o enigmatycznym tytule „Zabicie świętego jelenia” („The Killing of a Sacred Deer”), które miałem przyjemność już obejrzeć. Nie będzie łatwo opowiedzieć o nim dokładniej, nie zdradzając fabuły, od tego jednak tu jestem.

W świecie filmu niełatwo już stworzyć dobry thriller. Wydawać by się mogło, że w tej materii wszystko, co miało zostać powiedziane, powiedziane zostało. Na całe szczęście jednak wrażenie to jest złudne i kino spod znaku tego gatunku prawdopodobnie nieraz jeszcze nas zaskoczy. Grecki reżyser w swoim nowym filmie podejmuje decyzję, która bardzo dobrze wpływa na odbiór całości – nie wykłada nam fabuły „na talerzu”, a dozuje jej dopływ. Zabieg ten pozwala mu bawić się z widzem, który wie tylko tyle, ile wiedzieć mu pozwala sam twórca. Stopniowo, w miarę następowania po sobie wydarzeń, widz zaczyna rozumieć coraz więcej, a zbudowane na samym początku seansu napięcie narasta. Przychodzi też moment kluczowy, moment objawienia, gdy nagle reżyser w zaskakujący i wręcz brutalny sposób odsłania przed widownią karty. Co istotne jednak, nie rozładowuje to wspomnianego napięcia, a wręcz je potęguje. Dowodzi to tego, iż Lanthimos ma nad swoim filmem kontrolę, panuje nad rzeczonym napięciem, a także trzyma władzę absolutną nad odbiorcami jego dzieła. Seansowi towarzyszy ciągły niepokój, nie możemy czuć się pewnie, nie wiemy też, co będzie dalej, wiemy jedynie, że musi wydarzyć się coś. Finał widowiska jednakże, mimo tych przeczuć, wywołuje odpowiednio potężny względem napięcia trzymanego przez blisko dwie godziny wstrząs.

gallery-pic-01

Nagle reżyser w zaskakujący i wręcz brutalny sposób odsłania przed widownią karty.

To wszystko sprawia, że „Zabicie świętego jelenia” jawi się jako film pełny, nie traci swojej dynamiki, nie odpuszcza ciągłego niepokoju, „chwyta” na początku i „nie puszcza”. Jest zatem dziełem pozbawionym tego, co stanowi bolączkę dużej części thrillerów, w których nawet jeśli bazę stanowi ciekawy pomysł, całość w pewnym momencie się „wykłada”, wylatuje z toru niczym samochód, którego kierowca potrafi go rozpędzić, ale nie jest w stanie wyrobić się na zakręcie. Jeśli zostać przy tej metaforze, Lanthimos w doskonałym stylu pokazuje, jak przejechać wszystkie zakręty, nie tracąc przy tym na dynamice.

Przy odbiorze tego filmu, poza całkowitym wsiąknięciem w historię, warto pochylić się także nad jego aspektem stymulacji psychiki widowni. Niepokój, jaki w nas zaszczepia grecki reżyser, nie jest jedynie niepokojem o losy bohaterów. Przychodzi ten moment, w którym w głowie zaczyna przewijać się pytanie: a co ja bym zrobił/a, gdybym znalazł/a się w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się bohater? I to jest bardzo dobre pytanie, albowiem pomaga poczuć się źle po wyjściu z kina, a to bardzo ważna część odbioru tego filmu – nie ma mowy o dobrym samopoczuciu po seansie. Akcja się rozwiązuje, historia zostaje domknięta, nie znaczy to jednak, że powyższe pytanie znika z głowy widza. Nie, nie znika. Dołączają do niego inne, a to konkretne zaczyna jeszcze intensywniej domagać się odpowiedzi, której, oczywiście, widz dać nie może. To jest właśnie siła przekazu, jaki fabuła filmu ze sobą niesie. Przy okazji też Lanthimos świetnie radzi sobie z rozgrywaniem emocji bezpośrednio związanych z wydarzeniami na ekranie, przez co cały film odbierać można niebywale intensywnie – zwłaszcza przemoc i temat śmierci są tu silnie zaakcentowane i bardzo mocne, co nie jest wbrew pozorom efektem łatwym do osiągnięcia i często spotykanym.

gallery-pic02

Nie ma mowy o dobrym samopoczuciu po seansie.

Colin Farrell i Nicole Kidman to aktorzy, którzy mają już dawno za sobą czasy, w których komukolwiek cokolwiek musieli udowadniać. Wszyscy ich znamy, wszyscy już mniej więcej wiemy, czego po nich się spodziewać. Farrell w swojej roli wypada bardzo poprawnie i autentycznie – nie błyszczy, ale nie ma błyszczeć, to nie jest jego „show”. Gra to, co ma zagrać i tyle, robi to dobrze, nie można się do niego przyczepić. Z Kidman sytuacja ma się w zasadzie podobnie, nie zaskakuje, ale też nie zawodzi. Duet grający małżeństwo głównych bohaterów należałoby zatem ocenić zdecydowanie na plus, podkreślając, że „spełnili oczekiwania”. Zawiodą się ci, których zmylić mogły opisy, wymieniające obok powyższych dwóch nazwisk również Alicię Silverstone, na ekranie bowiem w zasadzie jej nie zobaczycie. Pojawia się na chwilę, niespecjalnie zapada w pamięć, rolę ma jednak bardzo małą, nie do końca ma też więc czym. Poza główną dwójką, najwięcej do zagrania ma Barry Keoghan, który wciela się w rolę Martina, chłopaka, nad którym swoistą opiekę roztacza grany przez Farella Steven. Martin jest postacią kluczową w całej historii, istotnym więc było, by zagrał go ktoś, kto byłby w stanie podołać temu zadaniu i to się rzeczywiście Keoghanowi udało. Raz jeszcze – nie jest to kreacja, która zapisze się na zawsze w dziejach kina, nie można się jednak do niej też przyczepić. Temat obsady można więc zamknąć stwierdzeniem, iż wszyscy aktorzy radzą sobie ze swoimi rolami i nie można doszukiwać się tu żadnych większych wad.

Martin jest postacią kluczową, ważne było, by zagrał go ktoś, kto podołałby temu zadaniu – Keoghanowi się to udało.

„Zabicie świętego jelenia” to kino specyficzne, oryginalne, uderzające w kilka różnych tonów i poruszające kilka problemów. W szerszej perspektywie – konieczności poniesienia kary za popełnione winy, przerażającej sprawiedliwości, w węższej – wyniszczającego dramatu rodzinnego, absolutnej bezradności i konieczności podjęcia najtrudniejszego wyboru. Czy jest to film wybitny? Mimo wszystko nie. Zestawiam go sobie w głowie z Manchester by the Sea (czyli ostatnim filmem, po którym wychodziłem z kina tak przeładowany emocjami i napięciem) i to jednak nie jest ten poziom perfekcji w przekazie i dotykania problemów ogólnych, ponadczasowych. Nie oznacza to jednak w żadnym wypadku, że nowego filmu Lanthimosa zobaczyć nie warto. Wręcz przeciwnie, jest to jeden z tych filmów, na które tej (późnej) jesieni do kina się wybrać trzeba. Czas nie będzie stracony, a pieniądze zmarnowane, bowiem ładunek emocjonalny, jaki „Zabicie świętego jelenia” zapewnia, jest naprawdę potężny – a po cóż chodzić do kina, jeśli nie po to, by przeżywać filmy właśnie?

Jak pisałem, nie uważam najnowszego filmu greckiego reżysera za pozycję wybitną, zdecydowanie jednak wybija się on ponad przeciętność. Jako iż przyjąłem oceny w skali dziesięciostopniowej, „Zabicie świętego jelenia” wylądować powinno blisko końca skali. Wahałem się między 8 a 9, koniec końców postanowiłem jednak wystawić solidne 8,5 i raz jeszcze polecić Wam wycieczkę do kina, gdy tylko nadarzy się okazja (bo choć film ma swoją premierę 1 grudnia, organizowane są pokazy przedpremierowe). Nie pożałujecie, naprawdę.

OCENA: 8,5/10

poster

Film do oficjalnej dystrybucji wchodzi 1 grudnia 2017 roku.
Bardzo dziękujemy Monolith Films za możliwość uczestnictwa w pokazie prasowym.
Zdjęcia wzięte zostały z materiałów prasowych ze strony filmu.