„Wołyń” – kadr z filmu

„Wołyń” – [nie do końca] recenzja

Daruję sobie opisywanie aspektów „technicznych”. „Wołyń” jest zrealizowany świetnie, bardzo dobrze dobrana jest wyrazista kolorystyka, do aspektów audiowizualnych nie mogę się przyczepić. Tyle, nie to jest tu istotne.

Jesteśmy w pewien sposób przyzwyczajeni do brutalności. Na ekranie przecież ciągle dane nam jest oglądać sceny „mocne”, niecenzurowane, staje się to powoli standardem i kinową codziennością. Prostym jest więc też, że wywiera to na nas coraz mniejsze wrażenie. Wszystko jednak może zupełnie zmienić odcienie, jeśli spojrzy się pod innym kątem.
„Wołyń” zdecydowanie właśnie to robi – stawia nas z innej strony. To film brutalny psychicznie, co uderza dużo bardziej niż „zwyczajna”, najbardziej namacalna brutalność – ta jest tu tylko jednym ze środków. O jego sile nie świadczy ilość okrutnych scen, bardzo dokładnie pokazujących odrażające czyny – o jego sile świadczy klimat wokół tego zbudowany. To film całkowicie pozbawiony nadziei, film, który dosłownie łapie za wnętrzności i, delikatnie je wykręcając, trzyma do samego końca. Smarzowski szybko wprowadza nas w nieustające przez cały film ani na moment przerażenie. Nawet sam początek filmu, choć pozornie pogodny, wcale nie ma pozytywnego wydźwięku. Przed salą kinową powinno się cytować Dantego:

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.

Uwierzcie mi, naprawdę chciałbym przesadzać. Tak naprawdę to chciałbym, żeby ten film nie musiał powstać. Chciałbym nie musieć go oglądać. Problem w tym, że trzeba.

Co ważne, „Wołyń” nie jest filmem stricte historycznym. Przynajmniej w moim odczuciu jest to ogromna parabola, jak w „Dżumie” Camusa. To nie jest film o złych Ukraińcach mordujących dobrych Polaków. To jest film o ludziach mordujących ludzi, o zejściu do skrajnie złych instynktów. Nie powiem: „zezwierzęceniu”, bo zwierzęta jednak nie wykazują się takim okrucieństwem. To jest film o złu w najczystszej postaci, o tym, że ono jest tu, w środku, w każdym z nas.

To jest film, który sprawił, że poczułem się źle z tym, że jestem człowiekiem.

Poczułem skrajne obrzydzenie na myśl, że przynależę do gatunku, który jest zdolny do tak skrajnie złych czynów. Przy okazji poczułem rozpacz, bo film Smarzowskiego dokładnie pokazuje, że to nie dzieje się „gdzieś daleko”, „kiedyś”. To się może stać wszędzie. Wreszcie, co jest już moją dalece idącą interpretacją, aczkolwiek nie tylko moją – to dzieje się teraz, wokół nas. Smarzowski stara się, jak się wydaje, wytknąć nam to, że nacjonalizm, fanatyzm, całkowite oddanie się absurdalnej idei prowadzą do tragedii. Bardzo dobrą sceną tu jest dla mnie zestawienie ze sobą dwóch kazań, dwóch popów – pokazuje, jak łatwo jest manipulować słowami, by podburzać bezrozumny tłum. Jak łatwo z tego samego tekstu, z tej samej ideologii wyciągnąć dwa zupełnie różne wnioski i ukształtować dwie całkowicie odmienne postawy.

Przesłanie płynące z „Wołynia” wydaje się mi być jasne – tworząc sztuczne uprzedzenia, popadając w wariactwo na punkcie odmienności (rasowych, poglądowych, etc.) i własnej wyższości jedyne, do czego dojdziemy to kolejne rzezie. Przy takiej gloryfikacji idei nacjonalistycznych, jaką możemy zaobserwować teraz w naszym kraju, ten film był bardzo, bardzo potrzebny.

Ja naprawdę wolałbym, żeby ten film nie powstał, żeby nie musiał powstać, żeby nikt go nie musiał oglądać. Niestety, on musiał powstać i zobaczyć go musi każdy.

Powyższe dwa zdania to mniej więcej moje podsumowanie „Wołynia”. Mniej więcej, ponieważ, jeśli mam być szczery, nie każdy musi go zobaczyć. Przynajmniej nie teraz. Co mam na myśli?
Jeśli czujesz, że nie jesteś dojrzały/a na tyle, żeby przez dwie i pół godziny skupić się na przerażającym, jednak bardzo ważnym filmie i zastanowić się nad jego sensem, przesłaniem, które niesie – nie idź do kina. Nie psuj innym seansu. Dorośnij, potem obejrzyj.

Jeśli Twoja klasa/szkoła idzie na „Wołyń” do kina, a Ty czujesz, że wpisujesz się w definicję paragraf wyżej – nie idź na tę wycieczkę. Ewentualnie idź, posiedź przed kinem, pójdź na jakieś „Bociany”. Jak masz się śmiać podczas seansu, naprawdę lepiej, żebyś nań nie wchodził.
Wreszcie – film puszczany jest z ograniczeniem wiekowym 15+. Może nie mnie to oceniać, ale naprawdę – to nie jest GTA, w które grał każdy dwunastolatek, mimo wyraźnej naklejki z napisem „18+”. Nikt nikomu bronić nie będzie, ale polecam głębokie zastanowienie przed ewentualnym seansem nad tym, czy aby na pewno chcesz się na ten seans wybrać. To zresztą znów nawiązuje do punktu pierwszego.

Jeśli natomiast uważasz się za człowieka dojrzałego, orientujesz się w sytuacji w kraju i na świecie, masz wyrobione jako-tako poglądy – „Wołyń” zobaczyć musisz.
Przygotuj się na to, że wyjdziesz z kina z dołem. Że będziesz się czuć źle. Że od różnych poważnych przemyśleń nie uciekniesz i że będzie bolało.
W tym niestety rzecz, że ma boleć.

Po seansie nasunęło mi się pytanie:

Czy naprawdę potrzebowaliśmy AŻ TAK dobitnego filmu o tej tematyce?

Odpowiedzi musi sobie udzielić każdy sam. Podczas seansu wydawało mi się, że momentami mogłoby być mniej dosadnie, gdy jednak wyszedłem z sali, wiedziałem już, że groziłoby to zaburzeniem efektu i – być może – nietrafieniem tak mocno, jak to ten film robi.

Smarzowski funduje nam solidnego „kopa w jaja”, ale jak wiadro zimnej wody wylane na śpiącego go rozbudza, tak może „Wołyń” natchnie do refleksji i nastawi w odpowiednim kierunku.

Jedynym, co mnie niepokoi jest strach przed tym, by „Wołyń” nie „odpalił” w inną stronę. Boję się, że niektóre grupy wejdą na film już z konkretnym nastawieniem i wyjdą z okrzykami „mordować Ukraińców!” w głowach i na ustach, nie dostrzegając (bo i ciężko dostrzec, gdy się nie chce) sensu dzieła Smarzowskiego. Mam też obawy względem tego, jak niektóre grupy społeczne i odpowiadające im media będą je promowały. Jak bowiem wspomniałem, łatwo manipulować treściami, a gdy zaszyje się pewne do filmu nastawienie, ciężko będzie samemu dziełu się wybronić.

OCENA: ––/10

Oceny po prostu nie wystawię. To nie jest film, który można oceniać w skali od 1 do 10. To trochę tak, jak gdyby zapytać wracającego z pogrzebu czy było fajnie i jak się bawił.

Sam „Wołynia” nigdy więcej nie obejrzę, podobnie jak wypowiedziała się o nim Agnieszka w recenzji Sfilmowanych. Raz w życiu jednak trzeba.