Vivaldi – nowy gracz?

Niedawno media (głównie te internetowe) zelektryzowała wiadomość o „nowym graczu” na rynku przeglądarek, rzekomym konkurencie dla Chrome’a i Firefoxa, który właśnie wyszedł z bety. Postanowiliśmy więc sprawdzić, z czym to się je i, być może, zmienić swe główne przeglądarki na właśnie tę. Piszę my, ponieważ tekst jest tworzony przez dwójkę redaktorów — mnie (Szymona) i Julię, dla lepszego oglądu. To co? Zaczynamy!

Przesiadka

Szymon: Przesiadałem się z Safari. Używam na co dzień MacBooka, a, mimo wszystkich niedogodności, jest ona (słusznie) uznawana za najlepszą z dostępnych na OS X przeglądarek. Używałem przez pewien czas Chrome’a, aczkolwiek RAM i bateria, a raczej ich szybkie zużycie, zmusiły mnie do powrotu. Poza tym Safari ma parę wygodnych opcji, o których później. Tak czy siak, przeglądarkę od Google’a zawsze uznawałem i dalej uznaję za stabilniejszą i wciąż, do niektórych zadań, jej używam. Zależało mi głównie na imporcie historii i zakładek, jako że przez dwa lata trochę mi się tego nazbierało — tu też pojawił się pierwszy problem. Mimo iż Vivaldi oferuje import jednego i drugiego, z nieznanych mi przyczyn zaimportował jedynie zakładki, historię pozostawiając czystą. Importu haseł z Safari z kolei w ogóle nie ma w opcjach, jednakże, skoro import historii i tak nie działa, również mogłoby go tam nie być.

Julia: W ostatnich miesiącach zaczęłam używać laptopa poza domem. Dopiero wtedy zauważyłam, jak mocno Chrome obciąża moją baterię. Mniej więcej w tym samym czasie przeglądarka od Google’a zaczęła zużywać jeszcze więcej RAM-u niż wcześniej (a byłam przekonana, że to niemożliwe). Mniej więcej wtedy postanowiłam przesiąść się na Operę, od której jednak bardzo szybko się odbiłam. Mała ilość wtyczek i często problemu z ładowaniem grafik sprawiły, że musiała znaleźć coś nowego. Kiedy usłyszałam o Vivaldi, stwierdziłam, że to może być coś dla mnie. Przesiadka okazała się dość prosta. Klikając losowo wybrane opcje, zaimportowałam historię, zakładki i hasła. Poszło mi to tak szybko, że całość powtórzyłam chyba trzykrotnie, przez co potem przez blisko pół godziny bawiłam się w usuwanie stron, o których istnieniu już dawno zapomniałam. Zainstalowałam również najpotrzebniejsze wtyczki i o ile początkowo pojawiał się problem z rozszerzeniem do Pocketa to najnowsza aktualizacja wyeliminowała te niedogodności.

Okno tytułowe w jasnym motywie

Okno tytułowe w jasnym motywie

Wygląd

Szymon: Vivaldi prezentuje się ładnie. Designem, moim zdaniem, przewyższa Chrome’a, zwłaszcza z opcją dostosowywania koloru paska do aktualnie przeglądanej witryny. Wygodną opcją jest też pasek boczny, który zawiera szybki dostęp do Zakładek, Pobranych, Notatek (to fajna opcja — notowanie bezpośrednio w przeglądarce), dodanych tam przez siebie witryn (np. Twittera — w formie małego okna, podobnego wyglądem do mobilnej wersji strony) oraz ustawień. Niestety, całość niezbyt się zgrywa ze stylistyką OS X — na tym polu króluje i królować będzie Safari, co jest zresztą zrozumiałe, jako że jest to program od Apple.

Julia: Zaczynając korzystać z Vivaldi od razu uznałam za plus możliwość spersonizowana tej przeglądarki. Oczywiście początkowy zachwyt możliwością ustawienia sobie paska zakładek na dole strony szybko minął, bo jednak przyzwyczajenia robią swoje. Na pewno dużym plusem dla wielu będzie pasek boczny. Można tam podpiąć zakładki, pisać notatki, szybko otwierać ostatnio pobrane pliki. Ja używam jedynie tej ostatniej opcji i przez większość czasu zapominam o istnieniu tej kolumny. Nie przeszkadza ona w użytkowaniu przeglądarki i po parunastu minutach przestaje przeszkadzać. Stylistycznie zdecydowanie bardziej pasuje do Windowsa 10, którego ja używam, niż do OS X, więc tutaj również nie mam do czego się przyczepić.

Codzienne użycie

Przykładowe okno w ciemnym motywie, z kolorowaniem paska dostosowanym do witryny - Vivaldi u Szymona

Przykładowe okno w ciemnym motywie, z kolorowaniem paska dostosowanym do witryny – Vivaldi u Szymona

Szymon: Pierwsze wrażenia pod tym względem miałem świetne. Stabilna, szybka, nieobciążająca tak systemu przeglądarka, z opcją przypinania kart, zapamiętująca ostatnią sesję — czego chcieć więcej? Szybko jednak wyszły drobnostki, które zdecydowały o tym, że po niecałych dwóch tygodniach wróciłem do Safari. Po pierwsze, link wpisany w pole adresu na przypiętej karcie otwierał się na tejże karcie, zamiast przechodzić do nowej — to mała rzecz, ale niezwykle irytująca, gdy jest się przyzwyczajonym do czegoś innego. Ponadto, wpisywanie hasła w pole adresu nie sugerowało podobnych wyszukiwań z Google — niestety, to dla mnie podstawa. Do tego wszystkiego Vivaldi cierpi na jedną, ale znaczącą dla mnie przypadłość — nie ma tu czegoś takiego jak widok wszystkich otwartych kart, który na Safari wywołuje się „ściągnięciem” dwóch palców na trackpadzie. Przy kilkunastu otwartych kartach naprawdę ułatwia mi to nawigację. No i jest jeszcze jedna sprawa. Bateria. Wracam do domu i pierwsze co robię, to chwytam za ładowarkę, a przecież nic mocno wymagającego dziś nie robiłem. Niestety, ale Vivaldi nie oszczędza baterii ani trochę, a że jak najdłuższa praca bez zasilacza jest dla mnie bardzo, ale to bardzo istotna, był to kluczowy argument za porzuceniem tej przeglądarki.

Przykładowe okno w jasnym motywie, z kolorowaniem paska dostosowanym do witryny - Vivaldi u Julii

Przykładowe okno w jasnym motywie, z kolorowaniem paska dostosowanym do witryny – Vivaldi u Julii

Julia: Po przygodach z Chromem i Operą dużym plusem był dla mnie fakt, że to przeglądarka po prostu działa. Bez zużywania całego wolnego RAM-u i tym podobnym wariacją. Niestety dość szybko da się też zauważyć pewne mankamenty. Jeśli chcemy otworzyć stronę z paska zakładek, to zawsze zostanie ona odpalona w nowej karcie, co jest o tyle uciążliwe, że nie potrafię do tego przywyknąć i nie można tego w żaden sposób wyłączyć. Wynagradza to jednak możliwość używania dokładnie tych samych wtyczek co na Chromie. Jeśli chodzi o tak podstawowe rzeczy jak wyszukiwanie itp., to chyba jestem jedną z tych osób, które tak rzadko używają tej funkcji, że nie potrafię tego w żaden sposób ocenić. Nie zauważyłam jakiegoś większego uszczerbku na baterii względem Opery, co oczywiście nie znaczy, że Vivaldi zużywa znacząco mniej energii niż inne przeglądarki. Mimo wszystko od paru tygodni używam jej jako mojej głównej przeglądarki i tak bardzo przywykłam do funkcji zapamiętywania ostatniej sesji i ogólnej stabilności, że na chwilę obecną zostaję przy niej. Ostatnio wyszło parę aktualizacji, które poprawiły jej funkcjonalność, więc można liczyć, że za parę miesięcy powyższe wady zostaną wyeliminowane.vivaldi_dark_red_icon

Podsumowanie komu polecamy?

Szymon: Reasumując — Vivaldi nie jest przeglądarką złą. Wręcz przeciwnie, to bardzo dobra aplikacja i gdybym używał Chrome, z pewnością przesiadłbym się na Vivaldi. Obecnie jednak Safari jest dla mnie zbyt wygodne, do tego idealnie komponuje się z systemem, gesty działają bardzo płynnie (czego, niestety, przeglądarce z „V” w logo brakuje), mam tam też swoją bazę historii, zakładek oraz haseł, a całość jest niesamowicie intuicyjna. MacUserom z sercem bijącym w kierunku Safari nie polecam jeszcze przesiadki, aczkolwiek warto Vivaldi obserwować, bo może to wyewoluować w naprawdę dobry produkt — wiadomo, nie można za dużo oczekiwać od wersji 1.0. MacUserom korzystającym z Chrome zaś zaleciłbym mocne zastanowienie się, ponieważ — moim zdaniem — tu przesiadka jest jak najbardziej wskazana, choćby i ze względu na sam wygląd. O użytkownikach Windowsa zaś pozostawiam wypowiedź Julii.

Julia: Po przesiadce na Vivaldi nawet przez chwilę nie zastanawiałam się nad powrotem do Chrome’a. Płynność obu przeglądarek jest w gruncie rzeczy na dość podobnym poziomie, a design w tej pierwszej jest o niebo lepszy. Przez ostatnie tygodnie nie miałam żadnych problemów z Vivaldi. Działa naprawdę dobrze, nie zwiesza całego systemu, a wraz z kolejnymi aktualizacjami jej funkcjonalność będzie tylko rosła. Do codziennych potrzeb i dla osób, które — tak jak ja — mają otwarte maksymalnie trzy (w porywach do pięciu) kart ta przeglądarka może okazać się doskonałym wyborem. Polecam każdemu przetestowanie tego produktu, bo może się okazać, że spełni wszystkie wasze wymagania i po prostu ułatwi w jakimś stopniu korzystanie z komputera.