„La La Land” – recenzja

Damiena Chazelle’a chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Dwa lata temu reżyser wybił się na kultowym „Whiplash”, po dziś dzień bardzo wychwalanym filmie o młodym perkusiście jazzowym Andrew Neimannie (niesamowity Miles Teller), który chce za wszelką cenę zostać jednym z najwybitniejszych, pod okiem despotycznego nauczyciela, Terence’a Fletchera (legendarna już wręcz rola J.K. Simmonsa). Niedziwnym jest więc, że odkąd tylko pojawiły się informacje o „La La Land”, nowym filmie Chazelle’a, świat kinematografii wręcz oszalał, a poprzeczka względem filmu od początku zawieszona była bardzo, bardzo wysoko. Pod pewnymi względami z pewnością zatem reżyser (i zarazem autor scenariusza) miał przed sobą niebywale wręcz trudne zadanie – jak stworzyć film noszący znamiona poprzedniego, jednak inny, a przy tym wciąż wybitny?

Chazelle obrał sobie nietypową konwencję. W świecie, w którym rzadko już się z nimi spotykamy, postanowił przekazać swoją historię w formie musicalu. Jak sam mówi:

„La La Land” jest zupełnie innym filmem od „Whiplash”, ale oba są projektami osobistymi: opowiadają o łączeniu życia osobistego ze sztuką, o balansowaniu na granicy rzeczywistości i marzeń, o utrzymywaniu związku ze sztuką na takim samym poziomie co wartościowych relacji z innymi ludźmi. W „La La Land” opowiedziałem tę historię za pomocą muzyki, piosenek i tańca. Uważam, że gatunek musicalu idealnie się do tego nadaje, gdyż zawsze był zawieszony pomiędzy rzeczywistością a marzeniem, pomiędzy tym, co możliwe a piękną iluzją.

Zacznijmy jednak od samego początku, jako że nic, co nam Chazelle pokazuje na ekranie, nie jest dziełem przypadku. Nie wzięła się znikąd zatem i autostrada, od której zaczynamy naszą podróż – tak, w przypadku tego filmu „podróż” będzie dobrym słowem. Jak sam reżyser mówi:

Co człowiek robi w samochodzie? Puszcza muzykę albo zagłębia się we własnych fantazjach. Każdy ma ich na pęczki, są indywidualne i osobiste, tak jak dobór słuchanych piosenek. Człowiek odseparowuje się na jakiś czas od świata, staje się częścią własnego musicalu wyobraźni. Uznałem, że to idealny moment na spotkanie dwójki marzycieli, Sebastiana i Mii. Wykorzystaliśmy radia samochodowe, by stworzyć muzyczne tło ich pierwszych wspólnych chwil – to miłość od pierwszego wejrzenia w rytm muzycznych marzeń wszystkich, którzy stają się nieodłącznymi świadkami tego zajścia.

 

gallery-item03

Co człowiek robi w samochodzie? Puszcza muzykę albo zagłębia się we własnych fantazjach.

Spotykamy więc Sebastiana – niespełnionego muzyka jazzowego, który trzyma się twardo i nieustępliwie swoich ideałów. Grywa w różnych miejscach, nie może jednak pogodzić się ze zmarginalizowaniem klasycznego jazzu. Marzy o tym, by otworzyć własny klub, w którym będzie grał to, co kocha najbardziej, a ludzie będą przychodzić posłuchać dobrej muzyki. Kreacja Goslinga tu to coś niesamowitego – zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż aktor nie korzystał podczas kręcenia z dublerów. Nauczył się gry na fortepianie, a także układów choreograficznych. Nie od dziś wiadomo, że Gosling potrafi ładniej milczeć, niż niejeden mówi („Drive”, na Ciebie patrzę). Okazuje się, że oprócz milczenia, mówienia, Ryan fenomenalnie radzi sobie również ze śpiewem. Jego postać jest kompletna, oglądanie go na ekranie sprawia niemałą przyjemność.

Z drugiej strony postawioną mamy Mię – dziewczynę marzącą o aktorstwie, nieodnoszącą jednak w nim sukcesów, dorabiającą jako baristka. Emma Stone nikomu swego talentu już udowadniać nie musi, tu jednak przechodzi samą siebie. Dawno nie widziałem tak przekonującej roli, postaci tak autentycznej, wybitnie wręcz zarysowanej. Czy siedzi, czy tańczy, czy milczy, czy śpiewa – Emma na ekranie to po prostu poezja. Rola Mii wymagała naprawdę niebywałych umiejętności, by postaci tej nie zepsuć. Cóż, Stone dała nam nawet więcej. A sceną przesłuchania podbiła moje serce do reszty.

Wraz z Sebastianem i Mią ruszamy w niesamowitą podróż przez Los Angeles, niejako wykreowane na trzeciego bohatera dzieła. Całą trójkę łączą elementy, na których Chazelle zbudował swój film – ambicje, marzenia oraz miłość. Miłość wielka, co wcale jednak nie oznacza wiecznej czy pozbawionej problemów.

gallery-item02

Wraz z Sebastianem i Mią ruszamy w niesamowitą podróż przez Los Angeles

Relacja między bohaterami Emmy i Ryana to najpewniej najważniejszy związek w życiu każdego z nich. W cudowny sposób wyciągają się wzajemnie najwyżej, jak tylko mogą, dbają o marzenia drugiej osoby. Sebastianowi łatwiej uwierzyć w sukces Mii niż w swój, dostrzega, iż nie może ona czekać na propozycję roli życia, a musi sobie tę rolę sama stworzyć. Pomaga jej odnaleźć w sobie talent do kreowania i opowiadania historii, wybija ją dokładnie tam, gdzie chciała się dostać. Sam przy okazji traci poczucie tego, gdzie jeszcze realizuje swoje marzenia, a gdzie już tylko szuka utrzymania i swoistej stabilizacji.

To też zaczyna obnażać ich problemy. W cudowny sposób historia tu przedstawiona podana nam jest porami roku – gdy zaczyna przygrywać smutniejsza muzyka, a na ekranie pojawiają się litery „FALL” wiemy już, czego się spodziewać. W swoisty sposób więc historia wynika z muzyki, muzyka z historii – czyż nie tego właśnie oczekuje się od musicalu? To dowodzi tylko geniuszu twórców, bo niełatwo stworzyć dzieło, które będzie tak zgrane na obu płaszczyznach.

Podróż przez Los Angeles to podróż przez świat kina, ale przede wszystkim podróż przez marzenia i uczucia. Ten film nie jest ani wesoły, ani smutny, jest po prostu taki, jaki ma być, pokazuje życie w bardzo kolorowych barwach, ale nie ma na celu przedstawienia niepełnej jego wizji. „La La Land” ukazuje nam wprawdzie dość radosną stronę życia, jednak również obnaża gorycz za nią idącą i choć rzeczywiście może on nie traktować o wielkich problemach wielkiego świata, a o życiu, marzeniach i miłości dwójki ludzi, to w tym objawia się jego piękno i uniwersalizm – w naszej parze bohaterów każdy jest w stanie odnaleźć siebie. Film Chazelle’a nam pokazuje, jak może wyglądać życie szczęśliwe i jak jednak w pełni szczęśliwe ono nie jest, jak zawsze jednak musimy poświęcić jedną rzecz dla drugiej, jak bardzo nieokreślone jest życie i nie da się mieć wszystkiego, a szczęście całkowite nie jest szczęściem wiecznym, jest jedynie szczęściem chwilowym.

gallery-item07

To film o życiu, marzeniach i miłości dwójki ludzi.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że przed wystawieniem oceny długo myślałem. Nie, nota na Filmwebie została przybita jeszcze tego samego dnia, kilka godzin po wyjściu z kina. 10, dane dość pochopnie. Kilka dni później zrobiłem sobie na profilu „czystkę”, niektóre filmy pospadały nawet o kilka gwiazdek, z dziesiątek też sporo poleciało, aby nadać tej ocenie większą wartość. Co jednak stało się z „La La Land”?
Co najciekawsze, „La La Land” dalej siedzi opieczętowane dychą. Na każdym kroku podkreślam, że Light Magazine nie jest mój i tworzymy go razem, niemniej jednak jakąś odpowiedzialność zań ponoszę i w pewnych kwestiach można by rzecz, że „jestem własnym szefem”, co teoretycznie daje mi wygodę rzucania tu czymkolwiek chcę, bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek. Mimo wszystko, z dziesiątki dla „La La Land” chciałbym się wytłumaczyć. Co sprawia, że nowy film Chazelle’a zasługuje na najwyższą notę?

Widzicie, są filmy niezłe. Są filmy dobre. Są filmy bardzo dobre, są wreszcie i filmy wybitne. I to wszystko jest w porządku, ale są jeszcze filmy magiczne. I właśnie TO sprawia, że niektóre dzieła można pokochać całym sercem, wracać do nich z rozrzewnieniem nie raz i nie dziesięć razy i dalej je uwielbiać, wciąż zakochiwać się w nich na nowo, wchodzić w uczucie artystycznej ekstazy. W tym filmie nie dość, że jest wszystko – idealna miłość, tak przez wszystkich poszukiwana, wielkie marzenia, za którymi każdy chce biec, życie, które zderza oba te światy ze sobą, konieczność wyboru, problemy, przemijanie – to wszystko to (nomen omen) gra. Chazelle pięknie wiąże elementy układanki i oprócz tego, że układa puzzle, wyciąga z kieszeni różdżkę i zaklęciem budzi cały obrazek do życia. Magia wylewa się z ekranu przy akompaniamencie jednej z najpiękniejszych ścieżek dźwiękowych, jakie słyszałem w życiu, a widz zostaje porwany do świata prezentowanego przez reżysera. Kolory, emocje, energia, śpiew, taniec, milczenie – to wszystko buduje magię, na jaką niemalże nie stać już współczesnego kina.

gallery-item08

Magia wylewa się z ekranu.

They don’t make films like this anymore – powiedział David Sexton z Evening Standard. That’s right, they don’t. But Chazelle does, chciałoby się dopowiedzieć. Jeśli ktoś miał stworzyć takie dzieło, to właśnie ten młody reżyser. Wyniesiony na wyżyny „Whiplashem” stworzył obraz, który zaczarował kina na całym świecie i czarować ich nie przestanie, albowiem jest to coś absolutnie unikatowego w naszych realiach. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz w ten sposób jakiś film by mnie zauroczył swoją magią. Być może nigdy. W swoim dziele Chazelle idealnie zbalansował treść i formę, żadna nie przerasta tej drugiej, co widzimy i słyszymy jest idealnym oddaniem tego, co dzieje się w głowach bohaterów i między nimi. Magia tego widowiska jest czymś, co skłoniło mnie do pozostawienia dziesiątki przy ocenie nowego filmu reżysera „Whiplash”.

Jeśli film musi być dla Was mroczny, trudny, ciężki, dołujący i przejmujący (żeby było jasne – kocham takie klimaty i nie zamierzam im tu niczego ujmować) i nie akceptujecie niczego, co „po drugiej stronie barykady” – nieco naciąganego, nieco cukierkowego (ale też z gorzkim posmakiem!), przy tym ubranego w nieprawdopodobną formę – to na „La La Land” się bawić dobrze nie będziecie. Jeśli jednak nie zapomnieliście, jak to jest marzyć, gdy 20 stycznia film ten wejdzie do kin, lećcie (tak, to dobre słowo) rzucić się w magiczny wir marzeń i pragnień. Cytując Emmę, czy też w zasadzie Mię, a w szerszym rozumieniu też Chazelle’a:

Here’s to the ones who dream.

OCENA: 10/10

poster

Film wchodzi do oficjalnej dystrybucji 20 stycznia 2017 roku.
Dziękujemy bardzo Monolith Films za możliwość uczestniczenia w pokazie prasowym.
Cytaty z reżysera wzięte zostały z pressbooka.
Zdjęcia wzięte zostały z oficjalnej strony filmu.