„Gra o wszystko” – recenzja

Aaron Sorkin niejednokrotnie udowadniał nam, że scenariusze sygnowane jego nazwiskiem to pozycje z najwyższej półki. Sorkin, scenarzysta najwyższej klasy, zdobywca dwóch Złotych Globów (za scenariusze do filmów „The Social Network” i „Steve Jobs”) oraz Oscara („The Social Network”), tym razem idzie krok dalej i w najnowszym filmie wg własnego scenariusza podjął się również roli reżysera. Przyznać należy, że poprzeczkę postawioną miał wyjątkowo wysoko – niedziwnym zatem jest, iż oczekiwania względem „Gry o wszystko” są wysokie i film jest jednym z bardziej oczekiwanych rozpoczynającego się właśnie roku. Jak zatem wypada debiut reżyserski Sorkina?

gallerypic-6

Oczekiwania względem „Gry o wszystko” są bardzo wysokie.

W najnowszym filmie scenarzysty „The Social Network” zostaje nam przedstawiona historia Molly Bloom, ambitnej kobiety, która prowadziła ekskluzywne rozgrywki pokerowe dla bogaczy. Co należy podkreślić, historia prezentowana nam przez Sorkina po raz kolejny oparta jest na faktach, raz jeszcze utalentowany scenarzysta postanawia więc pokazać nam, iż rzeczywistości wcale nie trzeba wymyślać na nowo, by bawić i angażować widza – wystarczy w umiejętny sposób ją opisać. I tak zaprezentowana nam zostaje postać Molly: młodej, odnoszącej sportowe sukcesy dziewczyny, którą już wtedy cechuje wyjątkowa zawziętość. Niefortunny wypadek przekreśla jednak jej narciarską karierę, w wyniku czego swą ambicję musi przełożyć na coś innego. Wyjeżdża, postanawia zrobić sobie rok przerwy, zanim pójdzie na studia. Zostaje zatrudniona jako asystentka Deana, który organizuje czasami wieczorne pokerowe gry. Tak Molly wchodzi w świat hazardu. Już chwilę później to ona jest gospodarzem, a pod jej dachem ludzie wygrywają fortuny… lub je tracą. Jak sama Molly przyznała Ellen DeGeneres, widziała, jak ktoś przegrał sto milionów dolarów jednej nocy i zapłacił następnego dnia. Problem w tym, że im większe pieniądze, tym większe zainteresowanie – również władz, czego oczywiście bohaterka nie była w stanie uniknąć. W związku z tym film toczy się niejako na dwóch płaszczyznach – jednocześnie poznajemy historię Molly Bloom i jej rozrywek oraz przebieg jej procesu i jej relację z adwokatem, który początkowo nie chce jej bronić, szybko jednak zostaje pierwszą osobą, która naprawdę (wraz z widzem) poznaje się na głównej bohaterce. Film zachowuje wyśmienite tempo, co sprawia, iż od pierwszych scen można głęboko wczuć się w historię i tkwić w niej po uszy do samego końca, doskonale czując napięcie towarzyszące każdej ze scen – jest to niewątpliwym plusem, ponieważ „wysypanie” się akcji w dowolnym momencie mogłoby mocno wpłynąć na odbiór filmu. Przyznaję, iż od filmu oczekiwałem czegoś nieco innego, ale nie znaczy to, że Sorkin moje oczekiwania zawiódł – spodziewałem się czegoś na modłę „Wilka z Wall Street”, tymczasem „Gra o wszystko” bardziej niż na pokazaniu ogromu rozrywek elit skupia się na przedstawieniu nam swoich bohaterów, a zwłaszcza tej jednej, konkretnej bohaterki – Molly Bloom.

gallerypic-4

Charlie zostaje pierwszą osobą, która poznaje się na głównej bohaterce.

Prowadzi nas to do kolejnego bardzo ważnego zagadnienia – aktorstwa. Zły scenariusz, jak doskonale wiemy, może ograniczyć postać graną przez dobrą aktorkę/dobrego aktora, jednakże działa to też w drugą stronę – nawet przy najlepszym scenariuszu postać może wypaść fatalnie, jeśli nie zostanie zagrana przez odpowiednio utalentowaną osobę. Nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto widział kiedyś na ekranie Jessicę Chastain obawiał się o jej występ tu, jeśli jednak są wśród Was tacy, uspokajam – to jedna z lepszych ról kobiecych w tym roku (choć nie mogę się doczekać zobaczenia w akcji rywalek Jessiki spośród aktorek nominowanych do Globu). Chastain prezentuje tu najwyższy poziom aktorstwa, gra fenomenalnie i w swojej roli wypada bardzo autentycznie. Co ważne, świetnie uchwycone zostały również różnice wiekowe, jakie występują między etapami życia Molly, w których mamy okazję ją obserwować – duża w tym oczywiście zasługa charakteryzacji, ale sama Jessica również świetnie prezentuje różnice w dojrzałości swojej bohaterki. Główna rola jest zdecydowanie jednym z dwóch (obok scenariusza) najsilniejszych filarów „Gry o wszystko” i zasługuje na ogromne brawa. Pani Jessico, chapeau bas!

gallerypic-2

Chastain prezentuje tu najwyższy poziom aktorstwa, gra fenomenalnie i w swojej roli wypada bardzo autentycznie.

Nie samą Molly jednak film stoi i warto wspomnieć również o reszcie obsady. Mamy tu Idrisa Elbę w roli Charliego Jaffeya, adwokata głównej bohaterki i choć nie robi on na ekranie takiej, kolokwialnie mówiąc, „furory” jak jego klientka, z pewnością jest to również bardzo dobrze zagrana rola – Elba nie błyszczy, bo nie on miał tu błyszczeć, co jednak miał zagrać, to zagrał wyśmienicie. Kevina Costnera, grającego Larry’ego Blooma, ojca Molly, w filmie nie dostajemy dużo, aczkolwiek tu również taki był zamysł, co da się wyczuć. Postać, którą gra, miała pojawiać się rzadko, aczkolwiek zdecydowanie – tak, by było czuć wpływ, jaki ojciec wywarł i wciąż wywiera na swoją córkę. Costnerowi bez dwóch zdań udało się to osiągnąć i w jego grze także nie ma do czego się przyczepić. Podobnie zresztą sprawa ma się z pozostałą obsadą, choć to już dalszoplanowe role – po zwiastunach myślałem, że dostaniemy tu nieco więcej Michaela Cery czy Jeremy’ego Stronga, po seansie jednak wiem, że w tak przedstawionej historii nie byłoby tam dla nich więcej miejsca. Trzeba im jednak to oddać – grają również na wysokim poziomie.

gallerypic-3

Ojciec Molly pojawia się rzadko, lecz wywiera duży wpływ na córkę.

Jeśli chodzi o ogólne podsumowanie debiutu reżyserskiego Sorkina, muszę przyznać, że nie było zaskoczeń – nie jest to nic absolutnie wybitnego i wychodzącego poza wszelkie standardy, film jednak ogląda się bardzo przyjemnie, jest dopięty na ostatni guzik i trudno do czegokolwiek się przyczepić. Jak napisałem wcześniej, Sorkin znów chciał pokazać, iż rzeczywistość, jeśli tylko ją odpowiednio przedstawić, może być bardziej wciągająca od niejednej fikcji i (ku mojemu ogólnemu zadowoleniu) zmuszony jestem przyznać mu rację. Nie sądzę, żeby już w tym momencie kogokolwiek to zaskoczyło, ale raz jeszcze pokazał nam on, iż potrafi opowiadać prawdziwe historie w niebywale angażujący i zapierający dech w piersiach sposób.

W mojej dziesięciostopniowej skali debiutowi reżyserskiemu Aarona Sorkina wystawiam solidne 8/10 – to bardzo dobry kawałek kina i naprawdę przyjemne 140 minut przed ekranem, w całości trzymające wysoki poziom i odpowiednie tempo. Z pewnością będę do „Gry o wszystko” wracał, ponieważ najzwyczajniej w świecie doskonale się przy niej bawiłem i z sali wyszedłem naprawdę zadowolony. Do perfekcji brakuje jednak pewnej ponadprzeciętności, czegoś, co chwyciłoby mnie mocno za wnętrzności i długo nie puszczało – dlatego wyżej tego filmu ocenić nie mogę. Gdy jednak jutro wejdzie do kin, lećcie koniecznie go zobaczyć – robi wrażenie i po prostu warto. Na pierwszy weekend nowego roku jak znalazł.

OCENA: 8/10

poster

Film do oficjalnej dystrybucji wchodzi 5 stycznia 2018 roku.
Bardzo dziękujemy Monolith Films za możliwość uczestnictwa w pokazie prasowym.
Zdjęcia oraz plakat zostały wzięte z materiałów prasowych ze strony dystrybutora.
Pełen wywiad z Ellen DeGeneres, na który powołuję się w tekście, można obejrzeć tutaj